kojder.net

wielbłąd czyli koń

Wywiad ze mną na temat pracy w „Szymon Majewski Show”, który ukazał się 11 września w bydgoskiej „Gazecie Wyborczej”

4/10/2009 skomentuj

Emilia Iwanciw: Ludzie ci mówią, że jesteś nienormalny?

Tomasz Kojder: Raz na jakiś czas to słyszę, ale nigdy wprost. Ostatnio ktoś mi w dobrej wierze powiedział, że może wypadałoby spoważnieć. Ale powaga mnie nie interesuje. Nie potrafię poważnie traktować rzeczywistości, która sama kpi ze mnie na każdym kroku.

Co takiego robisz, że uważają cię za wariata?

Prowadzę pseudogazetę „Superpospolita”, która jest niepoważna w każdym calu. W styczniu zorganizowałem happening, podczas którego przyszedłem do pracy w dniu, w którym miałem wolne. Urządziłem głuchy telefon między oddziałami firmy w całej Polsce i wspólną prezentację poezji na klatce schodowej. Do bycia niepoważnym podchodzę bardzo poważnie.

Po co to robisz?

Żeby wprowadzić odrobinę naturalnego chaosu do nienaturalnego porządku korporacji. No i żeby wszyscy o mnie mówili.

Po to też zatrudniłeś się w programie Szymona Majewskiego?

Mniej więcej. Składając tam CV, liczyłem, że to strefa wolna od sztuczności. Że pracujący tam ludzie mają rzeczywistość w takim samym poważaniu jak ja. Tymczasem okazało się, że humor tego programu jest tak samo wykreowany, jak uśmiech ekspedientki w McDonaldzie. Szukałem autentyczności, a wpakowałem się w jeszcze większą konwencję.

A sam fakt, że Majewski samodzielnie nie wymyśla sobie kawałów, nie dał ci do myślenia?

To, że jakiś show tworzony jest przez zespół, nie musi oznaczać braku autentyczności, jeśli twórcom przyświeca wspólna idea. Ale „Szymon Majewski Show” to czysty, bezideowy pragmatyzm. Efekt badań rynku, z których wynikło, że w poniedziałek wieczorem ileś milionów Polaków chce się rozerwać. Jego sztuczność polega na tym, że jedynym kryterium, jakim kierują się jego autorzy, jest to, czy spodoba się on statystycznemu mieszkańcowi miasta powyżej 100 tys. mieszkańców. Nie liczy się przekaz, jakość i wizja, liczy się wyłącznie telewizja.

Kiedy doszedłeś do takiego wniosku?

Zostałem przyjęty do pracy w redakcji, gdy na ekrany wchodziło „Kochaj i tańcz”, wyprodukowane przez grupę ITI, do której należy TVN. Powstał więc odcinek o filmie. Szymon tańczył przebrany za Damięckiego, Damięcki kochał przebrany za Izę Miko. Niby było prześmiewczo, ale cel programu był jasny: jak największe stężenie słów „kochaj”, „tańcz” oraz „i”.

Przecież chodziło o to, żeby obśmiać ten film.

Tak to miało wyglądać, ale w rzeczywistości chodziło wyłącznie o zrobienie mu dobrze. Bo w TVN wszystko podporządkowane jest machinie promocyjnej. „Dzień Dobry TVN” promuje Szymona, Szymon promuje „Kochaj i tańcz”, a „Kochaj i tańcz” ma premierę w należącym do ITI Multikinie. W takich warunkach nie ma miejsca na wizje autorskie, kiedy wszystko, co robisz, ozdabiane jest firmowym logo.

fot. Arkadiusz Wojtasiewicz

Czym ująłeś producenta programu, że postanowił cię przyjąć?

Spodobała mu się „Superpospolita”, parodia CV i to, że ukończyłem warsztaty stand-upu w Stanach. Stand-up to komediowe monologi. Amerykańscy komicy mają dar stawania przed ludźmi i bycia autentycznie śmiesznymi. Opiera się to przede wszystkim na osobowości i intelekcie. Komicy tacy jak Bill Hicks czy George Carlin uważani byli za głos pokolenia. Mówili o religii, problemach społecznych i narkotykach. U nas stand-up wygląda tak, że facet wychodzi na scenę w przyciasnym sweterku, krzywi facjatę i udaje wadę wymowy. To nie jest forma, w której się odnajdujemy.

Jak wyglądały te warsztaty?

Prowadził je znakomity komik Kurtis Matthews z San Francisco. Tłumaczył zasady pisania monologów kolesiom z korporacji, którzy chcieli zabawnie wypadać na spotkaniach biznesowych. Ale nie ulegał klimatowi grupy, tylko forsował własny styl. Bo na tym właśnie polega bycie komikiem.

Co miałeś robić w programie Majewskiego?

Przydzielili mi pisanie monologów dla Szymona. Więc pociłem się, żeby były zrozumiałe dla docelowego odbiorcy, a zarazem inteligentne i spójne. A potem nad tymi moimi tekstami siadały trzy osoby, łączyły z monologami napisanymi przez cztery inne osoby, a ja stałem podczas nagrania za kulisami i płakałem.

Płakałeś?

Moja dusza płakała. Jest takie powiedzenie: „Wielbłąd to koń zaprojektowany przez komisję”. Gdy o kształcie czegokolwiek decyduje kilka osób, których nie łączy nic poza wykładziną, na której siedzą, wychodzi z tego bezkształtna masa. W twórczości autorskiej nie ma miejsca na kompromisy, a program Szymona to jeden wielki kompromis.

O czym napisałeś skecz?

O Rokitach w Lufthansie. Oparty był na nawiązaniach do rzeczywistych wydarzeń, posiadał ciąg przyczynowo-skutkowy i wszystkie żarty łączyły się w całość. Zrobili z tego dwa zdania pojedyncze. Potem każdy monolog pisałem ze świadomością, że zostanie tak samo okaleczony.

Ile osób wymyśla żarty dla Majewskiego?

Pewnie jak w każdym komercyjnym show: producent, Szymon, grono redaktorów plus masa osób dbających, aby wszystko wypaliło. Dokładnie w takiej kolejności, która była dla mnie nie do zaakceptowania. Bo wszystko podporządkowane było producentowi, którego jedyną ambicją były notowania. Liczyłem, że będzie burza mózgów jak u Monty Pythona, a było wymyślanie chwytliwych hasełek jak w agencji reklamowej. I niekończące się narady, czy lepiej wręczyć Joannie Jabłczyńskiej jabola czy jabłkonosz. Nie było tam miejsca na twórczą swobodę. Opinie producenta nie podlegały dyskusji, więc odważne pomysły właściwie nie padały. Wszyscy znali jego oczekiwania i idealnie wpasowywali się w konwencję. Typowy produkcyjniak.

Z Szymonem Majewskim miałeś jakiś bezpośredni kontakt?

Niewielki, ale to raczej sympatyczny facet, niezmanierowany i dość zdystansowany. Nie miałem jednak okazji pogadać z nim w cztery oczy, więc nie wiem, co o tym wszystkim myśli i jak się w tym odnajduje. Ale nie sprawiał wrażenia rozdartego wewnętrznie.

Odnoszę wrażenie, że przemawia przez ciebie gorycz. Może zostałeś zwolniony z TVN, bo wymyślałeś cienkie dowcipy?

Sam się zwolniłem po miesiącu. Nie sprawdziłem się w roli copywritera. Czułem, że nie mam tam czego szukać, że jestem z zupełnie innej beczki. Formuła tego programu kłóci się z moją ideą rozrywki. Uważam, że ciągłe oglądanie się na widza zabija twórczość, bo widz zawsze chce tego samego, co dostał poprzednio.

Jaki rodzaj humoru cię interesuje?

Preferuję humor abstrakcyjny, absurdalny i ironiczny. Za szczyt komediowego geniuszu uważam Łyżkę Czyli Chilli. Sam staram się tworzyć w tym stylu, ale tego typu żarty są dla wielu kompletnie bez sensu.

To, czy żart jest dobry, ocenia publiczność.

Publiczność mojej strony śmieszy taki humor. Ale ona nie reprezentuje ogółu. Wrzuciłem linki do kilku moich tekstów na portale społecznościowe, bo to niezły przekrój społeczeństwa. Niejeden wzięto na serio. Na przykład tekst o nowej telewizji TVN Pies, adresowanej do psów. Wielu ludzi nie czuje, że ironizujesz, jeśli nie stawiasz emotikonów. Ale to zrozumiałe. Szkoła nie uczy myślenia, a telewizja stępia zmysły. Pokolenie wychowane na Majewskim i Ani Mru-Mru rozumie wyłącznie żarty najbardziej oczywiste i dosadne.

Masz jakiś nowy pomysł na siebie?

Wiem, że jestem skazany na niszę. Kiedyś myślałem, że wystarczy pokazać dobry program, a ludzie docenią jakość. Ale przykład Łyżki Czyli Chilli pozbawił mnie złudzeń. Jej członkowie tworzyli genialny program „Oczywiście” w TVP. Przeszedł bez echa, mimo że była to awangarda na miarę Monty Pythona. Tu nie wystarczy dobra telewizja, tu trzeba pracy u podstaw. Żeby szeroka widownia mogła docenić abstrakcyjny humor, trzeba by ją najpierw nauczyć abstrakcyjnego myślenia. A ja nie mam zdolności pedagogicznych.

To co teraz będziesz robił?

To, co robię każdego dnia. Pracował w korporacji! A po nocach pisał do szuflady, do której zagląda kilkaset osób. Nie mam żyłki do interesów, by móc uczynić moją niszę dochodową. Zresztą masa moich znajomych ma ten problem. Mój przyjaciel wygrał konkurs literacki w TVP. Dostał 4 tys. zł i nikt się nim nie zainteresował. Pozostał mu blog literacki „pod rym”, do którego dopłacamy 300 zł rocznie.

Myślisz, że Polakom zmienił się rodzaj poczucia humoru?

Tak sądzę. I myślę, że winne temu są media. My jeszcze pamiętamy telewizję bez reklam, ale dla nowego pokolenia są one stałym elementem krajobrazu. Reklamy mówią do nas językiem, jakim mówi się do zwierząt domowych. Młode pokolenie nie ma dystansu do tego języka, bo przejęły go wszystkie media. Nawet programy informacyjne się nim posługują. „Fakty” przekrzykują „Wiadomości” tak jak Heyah przekrzykuje Orange. Humor musiał się więc dostosować. Minimum słów, jak najwięcej obrazków. Jeśli skojarzenia, to jak najbardziej oczywiste. Prezydent Gabonu w „Rozmowach w tłoku” miał lamparcią skórę i wygląd dzikusa. Żarty oparte na niebanalnych skojarzeniach są ryzykowne, a każda sekunda warta jest przecież miliony. Nie opłacają się.

A jaki jest humor za granicą?

Komercja jest wszechobecna, ale inne kraje mają prężne alternatywy. Wielka Brytania ma Ricky’ego Gervaisa, który stworzył cudownie ironiczne „Biuro” i „Statystów”. Kanadyjczycy zasłynęli z „Trailer Park Boys”, przekraczającego wszelkie granice absurdu. Hitem komediowym w USA jest „The Daily Show”, które wyrosło na jeden z najbardziej opiniotwórczych programów telewizyjnych. Przykładów humoru, który nie ogranicza się do wymuszonego rechotu, a jednak trafia pod strzechy, jest masa. Może wynika to z tego, że w bogatych krajach inwestowanie w ambitny humor jest opłacalne. U nas panuje pogląd, że kalkuluje się tylko komercja i jarmark.

Z czego najczęściej żartujesz?

Z Polski, rozumianej nie tyle jako kraj, ale stan umysłu. Z naszej nieporadności, zaściankowości i kompleksów, które wychodzą z nas tym bardziej, im bardziej staramy się udowodnić ich brak. Kpię też z kapitalizmu, który również jest stanem umysłu, polegającym na zaniku refleksji w pogoni za forsą. Co samo w sobie jest zabawne, bo moje teksty o braku rozumu często nie zostają zrozumiane.

Na przykład?

Strasznie rozśmieszyła mnie zadyma w hali KDT. Gdyby jakiś obcokrajowiec oglądał tamtego dnia TVN 24, pomyślałby, że mamy zamach stanu. Napisałem więc tekst na „Superpospolitej”, w którym przytaczałem zmyślone wypowiedzi Obamy i Dalajlamy apelujących o pokój w Warszawie. Zarzucono mi, że piszę głupoty. A mi właśnie chodziło o pokazanie, że serwisy informacyjne karmią nas nimi 24 godziny na dobę pod pozorem prawdy. Że kreują pseudorzeczywistość i wmawiają nam, że tak wygląda świat. Napisałem o tym, bo czuję, że zmierzamy w niewłaściwym kierunku.

Dokąd?

Jest świetny film, który pokazuje, co nam grozi, jeśli nie zmądrzejemy. Nazywa się „Idiokracja” i pokazuje świat, w którym przez 300 lat media ogłupiały ludzkość. Żyją w nim analfabeci mówiący równoważnikami zdań. Przeraził mnie ten film, bo przyszłość w nim to nasza teraźniejszość w krzywym zwierciadle. Bo my nieustannie głupiejemy, dając się manipulować telemarketerom, wciskającym nam produkty telewizyjno-kuchenne. To musi przerażać, gdy człowiek uświadomi sobie potęgę mediów i to, do czego jest wykorzystywana. Dla krótkoterminowych korzyści ogłupiane są całe pokolenia. My się buntujemy, ale dla młodych pokoleń to norma, bo brak im dystansu do świata, który zastali.

Dlaczego humor jest dla ciebie tak ważny?

Bo oglądając się w krzywym zwierciadle, poznajemy nasze prawdziwe oblicze. Media pokazują nam świat, który jest sztuczny. Ich siła jest tak potężna, że ulegamy tej wizji i głosujemy na Szymona Majewskiego i Ewę Drzyzgę w rankingach największych autorytetów. Tylko satyra, która ma odwagę ośmieszać tę ściemę, może nas od niej uwolnić. Dlatego ona sama musi być autentyczna i niezależna. Nie można być jednocześnie głosem pokolenia i głosem z reklamy.

skomentuj

wymagane
wymagany

© 2008-2010 Tomasz Kojder